ULOTKA2

Rekolekcje z Deborą Sianożecką

Debora Sianożęcka – psycholog, psychoterapeuta.
Ukończyła studia psychologiczne w Instytucie Psychologii Ogólnej na Wydziale Filozoficznym Uniwersytetu Jagiellońskiego oraz całościowe szkolenie psychoterapeutyczne przy Zakładzie Terapii Rodzin Katedry Psychiatrii Collegium Medicum Uniwersytetu Jagiellońskiego. Od 2006 r. pracuje w Klinice Psychiatrii Dorosłych, Dzieci i Młodzieży w Szpitalu Uniwersyteckim w Krakowie. Zajmuje się terapią indywidualną, małżeńską i rodzinną oraz diagnozą i terapią zaburzeń okresu dorastania (szczególnie zaburzenia odżywiania i zaburzenia zachowania, zaburzenia depresyjne, zespół stresu pourazowego). Prowadzi terapię grupową. Pracuje pod stałą superwizją.
Prowadzi warsztaty biblijno – psychologiczne, m.in. „Nie bądź lustrem weneckim”, „Drzewo twojego serca – o genogramach w świetle Biblii”, czy „Rodowód Jezusa Chrystusa i moje w nim miejsce”,
Autorka książek wydanych nakładem Wydawnictwa Paganini, m.in.: „Rachab. Odnajdź swoje miejsce w rodowodzie Jezusa”, ,,Tamar. Odnajdź swoje miejsce w rodowodzie Jezusa”, „Eliasz. Kiedy nie chce mi się żyć, czyli depresja powołanego.”

KRÓTKIE WPROWADZENIE W REKOLEKCJE

ŻYCIE Z BOGIEM DOMAGA SIĘ FORMACJI, WZROSTU, KTÓRY JEST… UNIŻENIEM
,,Wzrost duchowy jest działaniem Ducha Świętego upodabniającym nas do Jezusa Chrystusa. Na tym poziomie świadomości nikt jeszcze nie czuje lęku ani sprzeciwu. Ale gdy sobie uświadomimy, że On, Jezus Chrystus, miał nie tylko etap świetności, cudów, charyzmatycznego działania, uzdrowień, nauczania, uwolnień, ale też etap uniżenia, ukrzyżowania, osądzenia Go, wreszcie hańbiącej śmierci, to już drżymy o samych siebie. Rzecz w tym, że nie byłoby zmartwychwstania ani wniebowstąpienia, gdyby nie ten krzyż i grób. Schemat ten powtarzają wszyscy chrześcijanie, ale nie tylko. Wszyscy, którzy też zapowiadali przyjście Mesjasza i czekali na Niego w epoce przed Jego urodzeniem. Poza tym, my sami niejednokrotnie byliśmy przez pewien czas oddaleni od Chrystusa i dopiero po jakimś czasie odkrył On nas, a my Jego. Dlatego wybrałam Eliasza, ponieważ jest to schemat rozwoju duchowego – przedchrześcijański, a jednak jak najbardziej chrystusowy, upodobniony do Chrystusa.
Uważam, że lepiej wiedzieć, co nas czeka, niż być zaskoczonym i lepiej się na to przygotować niż być nieprzygotowanym. Jezus namawiał uczniów, by byli jak słudzy trzymający pochodnie w rękach i będąc przepasani czekali w nocy na powrót Pana. W nocy? Tak, w nocy, w ciemności, w chwilach największego zwątpienia On zbliża się najbardziej. Światłość świata zbliża się, gdy wątpimy już w wyjaśnienie naszego życia, gdy ogarniają nas ciemność choćby depresji. Już teraz zapraszam Was do wysłuchania słowa – podejrzewam, że nie uda mi się być nieomylną 😉 Zresztą nie mam pretensji do tego, by mieć zawsze rację – ale pragnę nie tyle mieć rację, co raczej dać szanse Prawdzie, jaką jest Jezus – wypowiedzieć Słowo do Was – bo Was kocha Bóg – tak, jak potrafię w pełnym posłuszeństwie Jezusowi.
Paradygmat losu Jezusa jest paradygmatem chrześcijanina, ale też wszystkich tych, którzy zapowiadali Jego przyjście całym swoim działaniem. Zapraszam Was do historii Eliasza, bo jest ona – jak zakładam – znana z Biblii i z innych nauczań, czy z lektury duchowej, ale postaram się przedstawić jego model życia w taki sposób, by był dla Was umocnieniem i jednocześnie wyjaśnieniem wszystkich tych zaułków Waszego życia, które mogą rodzić w Was niepotrzebne zwątpienia, lęki, załamania, samoodrzucenie, izolacje, samopotępienie, smutek, który nie pochodzi od Ducha Świętego, a nawet rozpacz.
Musimy uniknąć przynęty zastygnięcia w ramach instytucji. Wydaje się, że posiadanie reguł, zasad, granic, obowiązków daje poczucie większego bezpieczeństwa, ale musimy spróbować pójść dalej. Trzeba słuchać bardziej Ducha Świętego, niż asekurować się instytucjonalnymi bezpiecznikami. Historyczne badania nad wspólnotami pierwszych chrześcijan wykazują, jak bardzo były one charyzmatyczne. Były prawdziwie wspólnotami Ducha i dopiero później przyszły instytucje. To znaczy, że Pan nie chce abyśmy zamknęli się w instytucjonalnych jedynie granicach wspólnotowych, które uniemożliwiają zarówno kryzys, jak i rozwój, zarówno załamanie, jak i wzrost, zarówno konflikty, jak i dorastanie do przebaczenia sobie, innym i przyjęcie przebaczenia od Boga. Może Was to zdziwić, że instytucjonalność, czyli sprowadzenie wspólnoty do skostniałych form, może uniemożliwiać kryzys i rozwój, ale tak jest. Bez kryzysów – nie ma rozwoju, bez napięcia – nie ma energii, bez nieporozumień – nie jest możliwe porozumienie na wyższym poziomie. Dlatego ciągle istnieje pokusa stworzenia takiej wspólnoty, która będzie jedynie instytucją modlitewną – zdystansowanych członków, których nic nie łączy oprócz obowiązków. Nigdy nie przestaniemy być grzesznikami, nawet jeśli Bóg uwolnił nas od upadków. Nigdy nasze ego nie przestanie przywłaszczać sobie darów Boga, by się nimi chwalić. Można się skalać nie tylko złem, ale i dobrem, kiedy się nim chwali. Można służyć Bogu, ale też wysługiwać się Bogiem. Granice są niewidzialne, dlatego łatwo o depresję, która jak wiemy jest uwewnętrznioną złością, ale złością często biorącą się z roszczenia do sukcesu, z pretensji do bycia w centrum uwagi, właśnie z powodu czynionego dobra. Jak pamiętamy faryzeusz w przypowieści Jezusa, to człowiek modlitwy, postów, cnót, a jednak on się tym wszystkim chwalił. Celnik, nie miał, czym się pochwalić, był nędzny, ale za to prawdziwy.
Rozwój duchowy to przejście od niezauważalnego etapu, w którym liczymy na siebie modląc się o „dotacje” z Nieba aż do etapu, w którym już liczymy tylko na Boga, licząc na darowanie długów, których nie możemy spłacić. Gdzie jest w tym Jezus? Jezus zaczyna swoją misję jako obdarowany przez Ojca Duchem Świętym w Jordanie, ale dociera też do etapu jako odarty z ostatniej szaty na krzyżu do gołego ciała. To oczywiście nie koniec! Koniec to wniebowstąpienie po czterdziestu dniach od wyjścia z grobu! Chrystus był bez grzechu, ale przeżył swój los, jakby był też grzesznikiem, doświadczając cierpienia i ogołocenia, byśmy mieli od Kogo czerpać silę do przetrwania tego, co nas nieuchronnie czeka i po to, by wreszcie raz na zawsze opuścić krąg cierpienia. Bo w chrześcijaństwie nie chodzi o cierpienie, tylko o zwycięstwo nad nim.
Model Jezusowy dotyczy nas – ale w naszej edycji jest on i bardziej dramatyczny, i mniej drastyczny najczęściej. Bardziej dramatyczny, bo boleśniej niż Jezus znosimy przemianę wewnętrzną ze względu na naszą grzeszność i oswojenie z posługiwaniem się kłamstwem, by uchodzić za lepszych niż w istocie jesteśmy, ale za to mniej drastyczny, bo zewnętrznie, rzadko kto cierpi tak fizycznie jak On. Jezus przynajmniej z tego wymiaru większość nas uwolnił.
Zaczynamy od wiary w siebie podszytej lękiem, potem następuje runięcie, zwątpienie w siebie, Duch podnosi nas do wiary Bogu w Jezusie i dopiero wtedy możemy naprawdę wiedzieć gdzie i kim jesteśmy. W czterech częściach nauczania o Eliaszu będę pragnęła Wam przybliżyć ten właśnie schemat przeobrażenia, by wszystkie nasze depresje nie były bezcelowe, ani bezmyślnie przeżywane. Moja propozycja nie pokrywa się z klasycznym podziałem rozwoju duchowego streszczonej do trzech etapów przez ojca Reginalda Garrigou Lagranga’e: etapu oczyszczenia, oświecenia i zjednoczenia. Niech Was to nie dziwi, bo swoją propozycje oparłam na wierze, na postawie, która tym bardziej jest istotna i daje o sobie znać, im bardziej się ją neguje w naszej kulturze. Bóg najpierw człowieka umacnia, podnosi na duchu, ubogaca charyzmatami, olśniewa mocą, poznaniem, uzdrowieniem, miłością. I zwykle zauroczeni jego wsparciem wkraczamy w zbytnią wiarę w siebie. Ujawnia się nasza zarozumiałość i przypisujemy sobie samym dary Boże, dlatego później następuje często załamanie, zniechęcenie, porażka, znużenie i zwątpienie w siebie samego i w sens swojej wiary w Boga. Dopiero na trzecim etapie człowiek zaczyna wierzyć Bogu, ufać Jemu i tworzyć więź z Nim w pokorze i zaufaniu. Te trzy kroki Eliasza: zbytniej wiary w siebie, zwątpienia w siebie i wreszcie uwierzenia Bogu powtarzają wszyscy, którym na sercu leży jedyne najistotniejsze pragnienie człowieka: zjednoczenie z Bogiem w Jezusie Chrystusie. A mam wiarę, że do tak szczerze pragnących osiągnąć ten cel, należycie Wy wszyscy.”
Debora Sianożęcka